Jajko czy kura ?

13 Kwi

W końcu wiem, jaka jest odpowiedź na pytanie „Co było najpierw – jajko czy kura?”. Nikt nie zna lepszych odpowiedzi na trudne pytania niż Król Julian. Otóż odpowiedź jest prosta – „Pierwsze było jajko. A potem kura. Bo najpierw jest śniadanie. Najważniejszy posiłek dnia :)”
Przyznam się bez bicia, że w ciągu tygodnia, śniadanie – wbrew wszelkim zaleceniom, jest przeze mnie traktowane bardzo po „macoszemu”. To znaczy pojawia się, ale bardzo późno i w mocno uproszczonej formie. Ale w weekendy…. to zuuupełnie inna sprawa. Wtedy śniadanie króluje.
Śniadaniem nr 1 jest jajecznica. Sposobów na jej przyrządzanie jest mnóstwo. Z kimkolwiek bym na jej temat nie rozmawiała (tak tak – prowadziłam rozmowy na temat jajecznicy… i to wielokrotnie…), robi ją inaczej. Mój przepis sprawdza się doskonale zwłaszcza na „zmęczony” poranek tj. poprzedzony większą ilością spożytego alkoholu – czyli wprost mówiąc, na kaca.DSC_0149

Jajówa z cebulą, pomidorami i chili.
1 łyżka masła, 1 mała cebula, 1 puszka krojonych pomidorów (lub 2 średnie dobre pomidory), 6 jaj, 1/2 łyżeczki cukru, 1/3 łyżeczki chili, sól, pieprz.

Potrzebna jest patelnia, na której należy rozpuścić masło i wrzucić pokrojoną w kosteczkę cebulę. Ważne jest, aby ogień nie był za duży, żeby mogła w spokoju się zeszklić (wyjaśniam – chodzi o stan, w którym cebula robi się mięciutka, ale jeszcze nie zezłocona). Posólcie – wg mnie sól dodana do cebuli na początku, robi jej lepiej. Na cebulę należy wlać pomidory z puszki i doprowadzić do stanu, w którym sok wyparuje, a pomidory będzie można lekko rozciapać widelcem. Mieszajcie.
W czasie, kiedy patelnia wrze, znowu wyjaśniam – dlaczego pomidory z puszki? Bo są smaczne. W przeciwieństwie do pomidorów, z którymi mamy do czynienia przez 3/4 roku, które nie tylko nie nadają się na kanapkę, albo do sałatki, ale do gotowania również. Jeśli zaś macie smaczniutkie pomidorasy, to albo wykorzystajcie je do jajecznicy, aaalbo zróbcie z nich dodatek do niej tj pomidorową salsę – o której napiszę na końcu.
Wracając do zawartości patelni. Jeśli pomidory osiągnęły stan, o którym wspomniałam wyżej, to nadszedł moment na wsypanie chili i cukru (pomidory lubią cukier, podkreśla ich smak i kompletnie nie szkodzi, że za chwilę dosypiecie do nich sól). Na końcu wbijcie jajka, dosypcie sól i pieprz w ilości, którą lubicie. I mieszajcie, aż białka i żółtka połączą się z pomidorami i zetną. Zapach jest obłędny :)

Pomidorowa salsa
2 pomidory (malinówki, albo inne o smaku pomidora :), niecała łyżeczka octu balsamicznego, 1/2 – 3/4 łyżeczki cukru, sól, pieprz.

W salsie cała sztuka polega na drobno pokrojonych składnikach tj. w tym przypadku pomidorach. Należy je pokroić w małą kosteczkę, dodać ocet (jeśli nie macie, to nic nie szkodzi – będzie bez) i cukier, posolić i popierzyć (uprzedzam, że wszędzie gdzie piszę o pieprzu, mam na myśli świeżo zmielony pieprz, najlepiej taki na grubo). Wymieszać i gotowe. Jako dodatek do powyższej jajówy lub jakiejkolwiek innej zresztą, pomidorowa salsa jest rewelacyjna. Do makaronów, ryb, czy innych poważniejszych dań również – ale o tym kiedy indziej.

Szarlotka. Jabłecznik. Placek z jabłkami.

9 Kwi

DSC_0217Czy zamawialiście kiedyś jabłecznik na deser w restauracji albo kawiarni? Ja tak. Wielokrotnie. I z ręką na sercu mogę przysiąc, że tylko w jednym miejscu, JEDNYM, zjadłam ze smakiem calutkie ciacho, a nie same lody, czy sos waniliowy, z którym zostało ono podane.  Kompletnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego nadzienie zazwyczaj stanowi kleikową breję tj. kilka jabłek z dodatkiem frużeliny, czy innego spoiwa, a ciasto jest konsystencji piaskowo błotnej o lekko gorzkim posmaku. I prawdę powiedziawszy już sama nie wiem, czy podgrzanie takiego „jabłecznika” jest dla niego kołem ratunkowym, czy gwoździem do trumny.

Będąc pod wrażeniem kolejnej nieudanej restauracyjnej degustacji postanowiłam upiec mój ukochany jabłecznik. Od razu zastrzegam, że wiem i szanuję fakt, że każda rodzina ma swoją szarlotkę i wcale nie twierdzę, że moja jest lepsza – ale ponieważ jest w mojej rodzinie od kilkudziesięciu lat, to z honorami zajęła pozycję nr 1 na mojej ciachowej liście, jako że ściśle wiąże się z moim dzieciństwem i wszystkimi słodko-gorzkimi wspomnieniami z tego okresu.

Przepis:
40 dag mąki, 20 dag masła, 10-12 dag cukru, 1 jajko, 1-2 łyżki jogurtu naturalnego typu greckiego (albo śmietany – zgodnie z książkowym przepisem), 1 opakowanie cukru waniliowego, szczypta soli, 8 średnich jabłek, 1/3 szklanki wody, 2 łyżeczki cynamonu.

Jabłka należy umyć, obrać, podzielić na cząstki i każdą z nich na plasterki. I wszystko wrzucić do garnka postawionego na małym ogniu. Zalać wodą, posolić (tak, tak  – to nie pomyłka – sól wyciąga słodycz owoców) i niech się pyrli do momentu, kiedy jabłucha zmiękną. W razie potrzeby (swąd przypalanych jabłek) należy delikatnie podlać wodę. Pod koniec dodajcie z 2 łyżeczki cukru waniliowego i cynamon, i zostawcie na ok 5 minut na ogniu a potem ostudźcie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Do mąki należy dodać pokrojone w kawałki masło, cukier i resztę cukru waniliowego, posiekać starannie nożem, a następnie dodać jajo i jogurt, znowu połączyć przy pomocy noża (czyli posiekać), a następnie szybko zagnieść ręką. Ciasto włożyć do miseczki, albo owinąć papierem do pieczenia i włożyć do lodówki na co najmniej 30 min. W czasie kiedy się chłodzi, rozgrzejcie piekarnik na 200 stopni z termoobiegiem albo 220 góra i dół.

Formę do tarty, a jeśli nie macie, to np. tortownicę, wysmarujcie masłem. I teraz ta trudniejsza część – 2/3 ciasta możecie rozwałkować (ale wg mnie wałkowanie kruchego ciasta jest kosmicznie wkurzające, bo klei się straszliwie  – nawet jeśli macie silikonowy wałek) albo położyć na dno formy i pięścią rozgniatać do potrzebnej wielkości (pamiętajcie żeby ciasto wlazło na ścianki). Nakłujcie widelcem powierzchnię ciasta i włóżcie do rozgrzanego piekarnika na ok 10-12 min (ciasto powinno nabrać lekko złocistego koloru). Po wyjęciu z piekarnika, nałóżcie na ciasto jabłka i znowu ta trudna część tj. zabawa z ciastem. Albo rozwałkowujecie, albo kroicie nożem na plasterki i każdy z nich, po lekkim spłaszczeniu w rękach kładźcie obok siebie na jabłkach. I znowu do pieca na ok 20 minut – do momentu kiedy ciasto się zezłoci. Na końcu możecie posypać cukrem pudrem. I nie czekajcie za długo – wcinajcie póki ciepłe.

Kucharzenie

5 Kwi

Jestem uzależniona. Od wielu rzeczy. Ale jedną z nich są programy kulinarne i książki kucharskie. No wiem, że mało to oryginalne, ale biorąc pod uwagę fakt, że niewiele z przepisów obejrzanych lub przeczytanych rzeczywiście „ugotowałam”, to moje uzależnienie ma swoje znaczenie. Jest czystą przyjemnością.DSC_0124-001

Jestem uzależniona od piękna, emocji i poezji, które sączą się przez ekran telewizyjny lub kartki książek. Uwielbiam to zmiękczone światło, które potęguje kolory poszczególnych składników. Entuzjazm i radość, z jakim prowadzący składają pojedyncze elementy w jedną smakowitą całość. Precyzję, z jaką siekają, mieszają, układają, przesypują… I ten wielki uśmiech na końcu, kiedy uzyskują jedyny w swoim rodzaju efekt. W książkach kucharskich uwielbiam nie same przepisy, lecz opowieści, które im towarzyszą. Opowieści czynią potrawy bardziej wiarygodnymi, stanowią pretekst, dla którego dany przepis znalazł się w książce. Lubię opowieści, bo uchylają rąbka historii jakiegoś człowieka i jego rodziny przez pryzmat emocji, które od zawsze towarzyszą gotowaniu i jedzeniu.

Tak na marginesie, czy zwróciliście uwagę, że najbardziej popularnymi kucharzami (w sensie laickim tj. telewizyjnym) są Angole?! Nie Francuzi, nie Włosi ani nawet Hiszpanie, lecz właśnie Anglicy? Weźcie pod uwagę Jamiego Oliviera, Nigellę Lawson, czy Gordona Ramsay’a a nawet ex plus size modelkę a obecnie pisarkę – Sophie Dahl…

Ale nie o tym chciałam.

Grypa na pocieszenie

28 Mar

Choróbsko to paskudna sprawa. Ale czasem, kiedy w życiu jest kompletnie „nietak„, Twój organizm zwyczajnie ma dość i przestaje działać. Coś, na co nie masz w zasadzie wpływu, obezwładnia i powala Cię na tyle mocno, że jesteś zmuszony się zatrzymać.

Przestajesz udawać, że wszystko jest dobrze i walczyć z codziennością, ale w zamian zyskujesz czas, żeby zwyczajnie pomyśleć i pobyć sam ze sobą. I właśnie wtedy być może znajdziesz lekarstwo na to, co tak na prawdę boli.

Ale czasem grypa, to po prostu grypa. Po raz kolejny sprawdza się niezawodne trio: rosół, gorące mleko z miodem oraz herbata z cytryną.

herbata_3

Rosół. W zasadzie nie do końca wiadomo dlaczego działa, ale wg wszelkich badań czynionych w jego kierunku – działa, że hej! W trakcie gorączki, kiedy nic innego nie wchodzi, kubek tego zwyczajnego niezwyczajnego gorącego wywaru sprawia, że robi mi się cieplutko, błogo i czuję się w jakiś dziwny sposób zaopiekowana. O składnikach rosołu pisać nie będę. Uważam, że jest to zupa bardzo osobista, intymna wręcz, i mocno związana z osobą, która ją gotuje – więc jeśli ci nie smakuje rosół zrobiony przez ukochaną osobę, to zastanów się mocno, czy to Twoja połówka…

Mleko. Każdy dom ma swój przepis. Ja mam dwa. Pierwszym ratował mnie dziadek, jak byłam mała tj. mleko, łyżeczka masła, czubata łyżeczka miodu i 2 ząbki drobno posiekanego czosnku. Był to niezawodny sposób na anginę, gorączkę, katar i co tam chcecie – tyle, że dla mnie wtedy była to okrutna kara (dzieci nie przepadają za czosnkiem pływającym w kawałkach, nawet najdrobniejszych i to w słodkim (?!) mleku…). Drugi przepis jest mój własny: mleko, łyżeczka miodu, pół łyżeczki masła, szczypta soli, większa szczypta cynamonu i odrobina utłuczonej, suszonej papryczki chili. Działa rewelacyjnie a smakuje jeszcze lepiej.

Herbata z cytryną. Nie jestem herbaciarą. Ale kiedykolwiek jest mi źle, to herbata z cytryną i z cukrem (właśnie z cukrem a nie z miodem) jest takim polepszaczem. Idealną herbatę z cytryną jest trudno zrobić. Relacja mocy herbaty ze słodyczą cukru oraz kwaśnością cytryny musi być w sam raz. W przeciwnym wypadku herbata traci magiczne właściwości. I kropka.