Krewetki z martini

25 Lip

Wakacje oznaczają krewetki. W dużych ilościach. Kupujemy je wersji ugotowanej, czyli langostino cocinado. Takie same są do kupienia w Polsce, ale najczęściej głęboko mrożone, ale za to pozbawione główek i łupinek, więc nie trzeba wcześniej ich czyścić ;). Jedne i drugie przyrządzam tak samo, czyli z dodatkiem martini bianco. Owoce morza w ogóle lubią dodatek alkoholu – może to być również tequila, białe wino, czy co tam lubicie, ale martini ze względu na swoją słodycz, super się karmelizuje. W krewetkach ważny jest rozmiar – im większe, tym lepsze.

DSC_1276Krewetki z martini
Składniki (2 osoby): 500 g krewetek, 1-2 ząbki czosnku, 2 łyżki oliwy, 1 łyżka masła, 1-2 łyżki Martini Bianco, sól.

Oczyść krewetki (jeśli musisz), czyli oderwij główki i pancerz z nóżkami ;), tak żeby został sam korpus z ogonkiem. Opłucz je pod bieżącą wodą i odsącz na sitku. Na patelni rozgrzej oliwę i rozpuść masło. Wrzuć krewetki i smaż około 5-7 minut, od czasu do czasu mieszając. Dodaj Martini. Po jakiś 3 minutach część płynu powinna wyparować a krewetki przyrumienić. Dodaj teraz wyciśnięty czosnek. Podsmaż jeszcze ok 3 minuty i gotowe :)

Hiszpańska fiesta, siesta i oszukany węgorz … czyli wakacje w Hiszpie

24 Lip

Będę wredna i napiszę, że właśnie siedzę przy basenie, z kompem na kolanach i skrobię. Świeci piękne słońce, obok chłodzi się martini i jest po prostu pięknie :) Dni toczą się leniwie, nadrabiam zaległości w lekturze i filmach, wieczory spędzam tnąc w karty z przyjaciółmi przy talerzu z lokalnymi tapasami, popijając vino blanco a  dzieciaki do późna w nocy beztrosko oglądają kreskówki zajadając się popcornem. Bezcenne.
Wakacje w Hiszpie siłą rzeczy mijają pod hasłem jedzenia – no bo, jak tu się oprzeć kalmarom w nadmorskiej knajpce, krewetkom, które w dowolnej ilości i wielkości tłoczą się na sklepowych ladach, czy przepysznemu gazpacho prosto z lodówki.
Gazpacho należy do tzw. szybkich zapychaczy dużego głoda, który pojawia się po całym dniu spędzonym na pływaniu i absolutnie, ale to absolutnie nie może czekać na prawilny obiad. Jestem w Hiszpanii i nie muszę gotować gazpacho, bo mogę je kupić w kartonie. Wlewam je więc zimniutkie do misek i w zależności od tego, co kto lubi dodaję: łyżkę naturalnego jogurtu, posiekany szczypiorek lub pietruszkę, świeże chili i/lub starty ostry, dojrzewający ser. Pyyycha :)DSC_1176

Parę lat temu robiąc zakupy natknęłam się na opakowanie z …. robalami (tak je czule nazwaliśmy), czyli La Gula del Norte. Wyglądają, jak małe, ale dłuuugie biało-szare rybki, które mimo zdecydowanie średnio zachęcającego wyglądu, zrobiły furorę u dzieciaków. Można je przyrządzać zarówno na ciepło, jak i na zimno – ale moim zdaniem najlepiej smakują, jako dodatek do makaronu. Wrzucam więc dwa opakowania robali na patelnię, suto zalaną oliwą pomieszaną z masłem i podsmażam  przez ok 5 minut, następnie dosalam i dodaję 2-3 ząbki czosnku oraz swój ulubiony dodatek do dań z owoców morza, czyli 2-3 łyżki martini bianco. Podsmażam jeszcze przez 3 minuty i wsypuję do garnka z ugotowanym gorącym makaronem. Mieszam całość, żeby wszystkie składniki dobrze się połączyły. Każdy z żarłoków może jeszcze posypać swoją porcję pietruszką, świeżym chili albo świeżo zmielonym pieprzem. Znika w 3 sekundy :) DSC_1376
No dobra, ale dlaczego oszukany węgorz. Otóż czytając o La Gula del Norte, dowiedziałam się, że w oryginale robale, to 2-3 letnie młode węgorze, które kiedyś były codziennym daniem zwykłych rybaków. Niestety z różnych względów ilość węgorzy tak zmalała, że 1 kg Angulas (czyli młodych węgorzy) kosztuje obecnie 1000 Euro…. Z tego powodu pojawiła się przyjazna kieszeni „podróbka”, czyli mechanicznie formowane, ale bardzo podobnie smakujące robale z mięsa mintaja :)

Makaron z klopsikami

4 Lip

Czuję się strasznie winna, bo nie pisałam od stu lat, czyli od dwóch tygodni. Ponad. To nie tak, że nic nie gotowałam i nic nie jadłam, aaale jakoś tak wyszło, że albo gotowałam już to, o czym pisałam, albo nie miałam jak robić zdjęć (a bez zdjęć to jakoś tak…), albo mi coś nie wyszło (czyli testowałam coś nowego i zaliczałam wtopę). W każdym bądź razie sama przed sobą obiecuję solenną poprawę.
Jeśli masz ochotę na naprawdę pyszne włoskie danie, które wszyscy, włącznie z dzieciakami, pożrą w trzy sekundy – to makaron z mięsnymi pulpecikami w pomidorowym sosie, jest strzałem w dziesiątkę.

DSC_1082Makaron z klopsikami
Składniki 4-5 osób
klopsiki: 500 g mięsa mielonego  z indyka (lub innego), 1 ząbek czosnku, 1 łyżeczka soli, 1 jajko, 3 łyżki kaszy manny, 2 łyżki startego parmezanu lub innego ostrego, twardego sera (ostatnio znalazłam przepyszny ser Górski).
sos: 1 cebula, 1-2 ząbki czosnku, 1 łyżeczka ulubionych suszonych ziół (np. bazylia, oregano) lub ich mieszanka, 1 łyżka oliwy, 1 łyżka masła, 2 puszki krojonych pomidorów, 100 ml pełnotłustego mleka (chudsze może się zważyć), 1-2 łyżeczki cukru, sól i pieprz do smaku.
Makaron, jaki lubisz najbardziej – ale, jeśli mogę coś zasugerować, dodaj makaron papardelle lub tagliatelle.

Mięso wymieszaj w dużej misce z wyciśniętym czosnkiem, jajkiem, solą, serem i kaszą, a następnie ulep niewielkie kulki wielkości orzecha włoskiego i układaj na talerzach wyłożonych folią aluminiową albo spożywczą (nie będą się lepić do talerza). Kręcenie kulek będzie prostsze, jeśli będziesz mieć lekko zwilżone dłonie.
Do sosu potrzebujesz większego garnka o grubym dnie. Najpierw rozpuść masło i oliwę, i dodaj cebulę, posiekany czosnek oraz zioła. Podsmaż przez ok 10 minut często mieszając. Następnie wlej pomidory z puszki i całość zmiksuj. Podgrzej, dodaj mleko i doprowadź do wrzenia. Teraz po kolei wrzucaj klopsiki – nie mieszaj przez pierwsze 2-3 minuty, żeby się nie rozpadły. Gotuj całość przez ok 20 minut. Pod koniec gotowania spróbuj i dodaj sól, pieprz i cukier.
Na marginesie wspomnę, że jest to pierwszy przepis Nigelli Lawson, na który trafiłam parę lat temu oglądając jeden z jej programów. Od tamtej pory nie mam w domu żadnych torebek z gotowym sosem do spaghetti :)

Ciasto marchewkowe

19 Czer

To jest jedno z moich ulubionych ciast. Robię je od wielu lat z różnych większych i mniejszych okazji oraz całkowicie bez okazji, czyli kiedy tylko mam ochotę – bo jest przepyszne i mega proste. Przepis pochodzi z jednej z moich ulubionych książek kucharskich i jest autorstwa Marty Gessler.

DSC_0895Ciasto marchewkowe
Składniki: 1 i 1/4 szklanki oleju słonecznikowego, 4 jaja, 2 szklanki drobno utartej marchewki, 2 szklanki mąki, 1 1/2 szklanki cukru (uczciwie informuję, że w oryginalnym przepisie są 2 szklanki), 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki cynamonu, 2 łyżeczki sody, szczypta soli, (możesz też dodać rodzynki i/lub orzechy, ale rzadko korzystam z tej opcji, chociaż kilkakrotnie użyłam posiekanych orzechów laskowych, które nadały ciastu pyszny aromat Nutelli :)
Polewa: 2 czubate łyżki kakao, 8 łyżeczek cukru (opuść, jeśli masz pod ręką wyłącznie kakao z cukrem), 2 łyżeczki masła, 4 łyżeczki zimnej wody.

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Zetrzyj marchewkę. Jaja utrzyj mikserem z cukrem na puszysty kogel-mogel. Następnie stopniowo dodawaj mąkę i olej oraz proszek do pieczenia, sodę, sól i cynamon. Na końcu dodaj marchewkę (i jeśli masz ochotę – orzechy i/lub rodzynki) i całość wymieszaj łyżką. Wlej do dość sporej blachy (takiej do placków z owocami) i piecz ok 40 minut. Na końcu koniecznie sprawdź patyczkiem (wykałaczką), czy się upiekło – jeśli nie (po wyjęciu patyczek jest oblepiony ciastem), to wydłuż czas pieczenia o ok 10 minut.
Pod koniec pieczenia przygotuj polewę, tj. połącz w garnuszku wszystkie składniki i gotuj na bardzo małym ogniu, aż się rozpuści cukier. Zgodnie z przepisem, ciasto powinno się posmarować polewą, kiedy już będzie zimne. Ale ja jestem zbyt niecierpliwa – smaruję zaraz po wyjęciu z pieca, zwłaszcza że wtedy polewa pysznie wsiąka w wierzchnią warstwę. Poza tym, kto by chciał czekać aż ciacho będzie zimne, kiedy można je zjeść natychmiast, właśnie kiedy jest jeszcze gorące, z gałką lodów waniliowych :)

Bułgarski placek z cukinii

18 Czer

Pamiętam, jak kilkanaście lat temu moja babcia po raz pierwszy zasadziła na ogródku cukinię. Ponieważ zawsze miała genialną rękę do roślin, skończyło się na tym, że całe lato jedliśmy na przemian: placki z cukinii, zupę z cukinii, cukinię faszerowaną, nawet (ku ubolewaniu mojego taty) hihi schabowe z cukinii – cukinia była obecna dosłownie wszędzie. Wszyscy mieliśmy jej tak dość, że w następnym roku babcia była zmuszona zlikwidować połowę krzaków.
Na mój gust, cukinia jest trochę bez smaku, za to doskonale nadaje się, jako towarzysz innych warzyw np. robionych na chrupko na patelni. Kiedy dzisiaj przypadkiem znalazłam przepis na bułgarski placek, w którym cukinia gra główną rolę, bardzo byłam ciekawa, co z tego wyjdzie, więc nie zastanawiając się dłużej, zabrałam się do roboty.

DSC_0903Bułgarski placek z cukinii
Składniki: 4 średnie cukinie, 3 jajka, 250 g pokruszonej fety (tj. 1 kostka), 5 łyżek kaszy manny, dużo zielonego tj. po ok 2-3 łyżki posiekanego koperku i natki pietruszki, 2 wyciśnięte ząbki czosnku, ok 1 łyżeczka soli, pieprz.
Sos jogurtowy: 1 kubeczek jogurtu naturalnego (najlepiej greckiego), 1-2 ząbki czosnku, koperek, sól do smaku (czasem dodaję też 1 łyżeczkę majonezu, który fajnie podkreśla smak całości).

DSC_0922Piekarnik nastawiłam na 180 stopni. Cukinie obrałam i starłam na tarce, na grubych oczkach. Potem odstawiłam na ok 5 minut i odcisnęłam z nadmiaru wody (niestety nie sprawdził się w tym przypadku sposób na dociśnięcie talerzem z postawionym na wierzchu garnkiem z wodą, więc brałam po trochu w garść i zwyczajnie wyciskałam sok). Następnie dodałam wszystkie pozostałe składniki i wymieszałam. Masę należy włożyć do wysmarowanego masłem naczynia żaroodpornego (piekłam w kamionkowej formie do ciasta), tak żeby warstwa nie była wyższa niż 3 cm i piec przez ok 40 minut do momentu, kiedy wierzch się zarumieni (piekłam o 5 minut dłużej). Po upieczeniu całość pokroiłam w trójkąty i podałam z sosem jogurtowym, i całą furą sałatki.
Wyszło bardzo dobre – puszyste i delikatne, i zostało zeżarte z dokładką w 5 minut ;)